Kämmerer w Detroit

Marcin Lichtarski, jeden z czterech Business Unit Leaderów Kämmerer Polska, opowiada o swoich wrażeniach z kilkudniowego pobytu w Detroit, Michigan, w Stanach Zjednoczonych.

Czy to była Twoja pierwsza wizyta w USA?

Tak, to była moja pierwsza w życiu podróż do Stanów. Bardzo chciałem tam polecieć i zweryfikować to, co słyszałem dotychczas o USA, a zwłaszcza o Detroit – mieście, które jest kolebką amerykańskiej motoryzacji. Celem mojej podróży nie było w zasadzie samo centrum Detroit. Tam tylko lądowałem. Nasze spotkania odbywaliśmy w mieście Troy, na przedmieściach Detroit. Mieszkałem z kolei w Novi. Fascynujące wydały mi się kształty tych satelickich wobec Detroit miast. Granice tych ościennych miasteczek wyznaczają kwadraty zamknięte ulicami. To też uświadomiło mi, jak ogromne są przedmieścia Detroit i jednocześnie, jak duże są odległości w ramach całej aglomeracji. Z lotniska jechaliśmy ok. 50 km do naszego hotelu (będę operował w kilometrach, bo taką mieliśmy nawigację (śmiech)). Od naszego hotelu do klienta jechaliśmy kolejne 40 km. W Troy mieści się siedziba jednej z czołowych indyjskich firm motoryzacyjnych, czyli klienta, do którego udaliśmy się na spotkanie.

No właśnie. Opowiedz, jaki był biznesowy cel Twojej wizyty w Stanach.

Celem mojej podróży było nawiązanie nowego kontaktu ze wspomnianą firmą. Amerykańska gałąź tego indyjskiego przedsiębiorstwa zajmuje się projektowaniem aut na rynek północnoamerykański. Samochody tam produkowane spełniają nie tylko normy amerykańskie i azjatyckie, ale też europejskie – nawet te najbardziej restrykcyjne.

Co Kämmerer Polska może zrobić dla tej firmy?

Potencjał do współpracy jest naprawdę duży. Do Stanów udałem się z ramienia firmy Minda KTSN z Pirny w Niemczech. Już wkrótce zaczynamy projekt dla tej indyjskiej firmy, ale w nie w Stanach, a w Indiach. Najbliższe tygodnie pokażą nam, kiedy rozpoczniemy współpracę. Minda chce działać globalnie, więc przedstawiciele firmy zorganizowali spotkanie w USA. Ja osobiście miałem pełnić funkcję doradczą i wspierać technicznie całą prezentację, z naciskiem na elementy wnętrza, a przede wszystkim nawiewy.

Jakie wrażenie robi na Tobie Detroit jako miasto?

Na pewno jest duże. Rozległe przedmieścia, które tworzą całą aglomerację, to ogromny obszar metropolitarny. Samo downtown robi niezwykłe wrażenie – jednocześnie pozytywne i negatywne. Znajduje się tam mnóstwo opuszczonych budynków zarówno mieszkalnych jak i przemysłowych. Krajobraz, jaki tam zastałem, potwierdza, że obecnie jest tam dość niebezpiecznie, co zresztą przyznali nasi indyjscy partnerzy biznesowi. Wszystko to, oczywiście, wskutek niedawnego bankructwa miasta, ale i wcześniejszych wydarzeń z końca lat 60-tych XX wieku. W tej chwili obszar między downtown Detroit a słynną Ósmą Milą (północna granica miasta) wygląda trochę jak opuszczone miasto-widmo, w którym za przysłowiową złotówkę można kupić dla siebie mieszkanie, a nawet niewielki domek! Natomiast z samym Detroit bardzo mocno kontrastują przedmieścia – Troy, Novi, Pontiac, Plymouth. Są naprawdę zadbane. Przystrzyżone trawniki, chłopcy na rowerach rozrzucający gazety… Taki klimat amerykańskich suburbiów, trochę jak z filmów (śmiech). Co zaskakujące, nie ma tam chodników, co oznaczałoby, że ludzie nie spacerują, a przemieszczają się samochodami, zaś przedmieścia te stanowią po prostu miejskie sypialnie. Duże odległości pomiędzy ośrodkami, o których wspominałem, niejako wyjaśniają taki stan rzeczy.

Czy dostrzegasz różnice pomiędzy europejskimi miastami a amerykańską metropolią?

Tak, zdecydowanie. Na pewno wszystko jest duże, większe niż w Europie, np. olbrzymie przestrzenie na parkingach przy centrach handlowych. To, co rzuciło mi się w oczy, to mniej zieleni w centrum miasta. Natomiast zauważyłem też, że w tych mniejszych jednostkach miejskich, wchodzących w skład aglomeracji, jest dużo zielonych miejsc, a kwintesencją spokoju przedmieść jest domek nad jeziorem w lesie na obrzeżach Detroit. Inne ciekawostki to na przykład taka, że znaki drogowe przedstawiane są często słownie, a nie piktogramami jak u nas w Europie. Natomiast to, co łączy USA z Europą, a może nawet bardziej w ostatnim czasie z Polską, to podzielana moda na kraftowe piwa. Jak wiesz jest to mój konik i sam domowo warzę piwo, więc nie mogłem nie skosztować lokalnych specjałów, które, nie tylko w mojej opinii, nakreślają trendy w światowym piwowarstwie. Próbowałem m.in. piwa z Oregonu, Kalifornii, a nawet – z Alaski.

GM, Ford, Chrysler, Dodge, Cadillac, Oldsmobile – to marki, które w połowie ubiegłego wieku kojarzyły się z miastem oraz całym stanem Michigan. Co w tej chwili pozostało w mieście po gigantach amerykańskiej motoryzacji?

Z pewnością flagowym pomnikiem architektury Detroit jest słynny budynek GM. To, co udało mi się zaobserwować podczas tej krótkiej delegacji, to muzeum Forda. Niestety, nie dane mi było go odwiedzić. Mam nadzieję, że będę jeszcze mieć okazję nadrobić te zaległości!

Z Twojej relacji na Facebooku wynika, że w mieście, niegdyś motoryzacyjnej stolicy USA, w tej chwili… brakuje samochodów. Jak jeszcze można się poruszać po Detroit?

Oczywiście w mieście funkcjonuje miejska kolejka, pociągi czy autobusy. Tym niemniej najpopularniejszym środkiem lokomocji wciąż pozostaje samochód. Wrażenie, które odniosłeś, oglądając moją relację, wynika z pewnością z faktu, ze przemysł i usługi, a wraz z nimi ludzie, przenieśli się z centrum na obrzeża.

Czy w Detroit i okolicach widać polskie akcenty? Przygotowując się do rozmowy z Tobą, czytałem, że w mieście Hamtramck, enklawie w Detroit, niegdyś 90% populacji stanowili Polacy!

Ja też o tym czytałem, bo to miasteczko – które w sumie może uchodzić za dzielnicę Detroit – również mnie zafascynowało. Nie wiem, czy kojarzysz, ale to właśnie tutaj bracia Dodge w 1914 otworzyli w fabrykę swoich samochodów. Ale co do polskich wpływów, to ja jakiejś zwiększonej ich liczby w całej aglomeracji nie zaobserwowałem. Z pewnością więcej polskich akcentów znajdziesz np. w Chicago czy Filadelfii.

Rozmawiał Paweł Koziołek

Ilustracje do tekstu: materiały własne Marcina Lichtarskiego